Nigdy nie dowiedział się, jakim sposobem podano mu środek odurzający. Może w napoju, może w jedzeniu, może wpuszczono po prostu jakiś gaz do systemu klimatyzacji. Gdy wyczuł nachodzącą senność, próbował się jej przeciwstawić. Krzyczał, walił pięściami w ściany swojego więzienia.
Na próżno. W ostatnim przebłysku świadomości zdumiał się jeszcze, czemu właściwie go usypiają. Może aby przenieść do innego ośrodka? Aby uniknąć ryzyka? Poznali już jego możliwości i może nie chcą dawać mu nawet cienia szansy?
Dobrze, że to nie boli, pomyślał. No tak, przecież Omafil to cywilizowana planeta. Jak potraktują go na Ziemi?
Z tą refleksją odpłynął w nieświadomość.
Przy olbrzymim ekranie zebrała się cała śmietanka świata medycznego, jednak sala operacyjna była niemal pusta. Pierwszy też się zjawił, ale raczej jako obserwator i doradca. Zbyt długo już nauczał i jego dłonie straciły dawną precyzję. Wszelako sam widok tak szanownej osoby dodawał chirurgom pewności siebie.
Przy pulpicie operacyjnym zasiadł nowy Pierwszy w towarzystwie doświadczonego O'o'yana. Nie było w Gromadzie chirurgów lepszych od tej dwójki.
Wszyscy Ziemianie (z jednym wyjątkiem) musieli przyłączyć się do publiczności. Wprawdzie operacja dotyczyła ludzkiego mózgu, jednak żaden ziemski chirurg nie mógł nawet marzyć o dorównaniu w precyzji Hivistahmom i O'o'yanom.
Chociaż poczyniono wszelkie możliwe przygotowania, można było wyczuć niepokój obecnych. Wszyscy wiedzieli dobrze, że w gruncie rzeczy wkraczają na niezbadane terytoria. Dogłębne badania Homo Sapiens Sapiens wielokrotnie wywoływały zdumienie, a ludzki system nerwowy wciąż jeszcze krył przed naukowcami sporo zagadek.
W ten sposób w odizolowanej sali znalazło się tylko dwóch Ziemian. Pierwszy leżał na stole operacyjnym, drugi zasiadał obok obu mistrzów. Był to postawny, miedzianoskóry mężczyzna o palcach długich i smukłych, jakby należących do innego ciała. Mimo iż wśród swoich uchodził za niekwestionowanego geniusza chirurgii, tutaj miał pełnić jedynie rolę doradcy. Wykonał w życiu setki skomplikowanych operacji na przedstawicielach swojego gatunku, ale ta jedna, mikrochirurgiczna interwencja przerastała jego wrodzone umiejętności.
Ciało Randżiego od szyi w dół okrywał jakiś lekko przezroczysty, matowy materiał. Punktowe, bezcieniowe lampy skupiły blask na czole pacjenta. Nowoczesne metody operowania nie wymagały golenia całej głowy, obecnie skutecznie unieruchomionej.
Cały zabieg został wielokrotnie przeprowadzony na symulatorze, jednak nawet w pełni realistyczna symulacja to nie to samo. Tym razem nie będzie można naprawić żadnego błędu, cofnąć projekcji, by pacjent zmartwychwstał. Zespół był gotowy, ale nie do końca pewny siebie.
Samotny Ziemianin górował wzrostem nad kolegami i wyglądał przy nich wręcz niezgrabnie. Wiedział, że jego obecność wynikała przede wszystkim z wymogów protokołu. Świadom swojej dwuznacznej roli zapewnił prywatnie obu obcych, iż nie będzie wchodził im w drogę.
- Pragnę przypomnieć wszystkim zebranym - powiedział przez translator - że nie mamy całkowitej pewności, jaki skutek wywoła nasza interwencja. Równie dobrze może zakończyć się wyleczeniem jak śmiercią pacjenta. Większość z was już wie, że badania wykryły w jego mózgu co najmniej jeden wszczep komórek zdradzających cechy nowotworu złośliwego. Można nazwać je tykającą bombą zegarową. Ponieważ jednak ulokowane zostały w nader wrażliwym sektorze mózgu, ich usunięcie nie wchodzi w grę jako śmiertelnie niebezpieczne dla pacjenta. Nie możemy ryzykować tak głębokiego wnikania w korę mózgową. Postanowiliśmy zatem przeciąć metodą nieinwazyjną połączenia nerwowe między wzmiankowanym ośrodkiem a resztą układu nerwowego. Naszym celem jest uczynić dalszy wzrost skupiska niegroźnym dla organizmu, bez fizycznego usuwania tych komórek czy innego ich neutralizowania.
- To naprawdę trudna operacja - dodał Pierwszy senior. - Jak każda operacja na wnętrzu mózgu. Moi koledzy wezmą się zaraz do dzieła.
Młody Pierwszy uruchomił maszynerię. Cały zabieg miał być zdalnie kierowany, wszystkie punkty zostały precyzyjnie zaprogramowane na podstawie licznych symulacji. Samouczący się komputer medyczny potrafił bez podpowiadania dostosowywać swoje działanie do możliwych odstępstw od wzorca. Żywi lekarze byli jednak niezbędni na wypadek, gdyby odstępstwa owe okazały się zbyt duże, czy też pojawiło się jednak coś niespodziewanego. Ich zadaniem byłoby wówczas stosowne przeprogramowanie komputera i wznowienie przerwanej automatycznie operacji.
Nieduży metalowy dysk zawisł kilka centymetrów nad głową Randżiego i uruchomił skanery. Z wnętrza wysunęło się kilka przypominających igły precyzyjnych instrumentów.
- Jeśli umknęła nam jakaś pułapka w stylu tej pierwszej, to możemy go stracić - mruknął pod nosem Ziemianin.
Ultradźwiękowy skalpel raz i drugi włączył się na ułamek sekundy. Talerz obracał się, instrumenty ustawiały pod właściwym kątem. Każdy taki manewr oznaczał przecięcie jednego połączenia nerwowego.
- Zrobiliśmy, co w naszej mocy. Wielokrotny skanning i tak dalej. Nie było więcej "pułapek".
- Ampliturowie miewają zaiste szatańskie pomysły.
- Owszem, ale to wciąż tylko medycyna, a nie magia - stwierdził Hivistahm i znacząco postukał zębami.
Sąsiednie monitory pokazywały szczegółowy obraz pola operacyjnego. Widać było fatalny zwój, przepływającą naczyniami włoskowatymi krew i usuwane kolejno dendryty.
- Słyszałem, że wśród personelu są i tacy, których zejście pacjenta szczególnie by nie zmartwiło - odezwał się półgłosem Ziemianin. - Ale przecież Randżi-aar nie jest potworem, to tylko człowiek. Porwany za młodu, można powiedzieć.
- Widziałem rozpis jego genotypu. Nie musisz mnie przekonywać - odparł Pierwszy.
- Przepraszam. - Mężczyzna przygryzł dolną wargę i wpatrzył się w monitor. Zwykle dobrze znosił towarzyszący operacjom stres, ale w czymś takim nigdy jeszcze nie uczestniczył. Na dodatek nie chodziło tylko o tego jednego biedaka; byli jeszcze inni potencjalni kandydaci do pokrojenia: jego przyjaciele z jednostki. Jeśli nie uda się z tym pierwszym...
Chirurg dobrze wiedział, że nawet żyjąc dwieście lat, nigdy nie dorówna Hivistahmom; zaprogramowany przez nich komputer zawsze będzie lepszy. Mimo to odruchowo poruszał palcami, jakby chciał wspomóc maszynę.
- Wiem, o kim mówisz - podjął wątek Pierwszy. - Są tacy, którzy głoszą, że trzeba zabić tego tu i wszystkich mu podobnych, nim się rozmnożą i skalają rodzaj ludzki na tyle, iż stanie się poddany Ampliturom. Lekarze jednak nie myślą w ten sposób.
Bo aż nogami przebierają z ochoty, żeby przebadać dokładnie cale to towarzystwo, pomyślał Ziemianin. Nie mógł jednak winić Hivistahmów. Sam widział sprawę podobnie.
W sali operacyjnej zapadła cisza. Słychać było tylko potrzaskiwanie skalpela i szum aparatury. W końcu talerz uniósł się po skończonym zabiegu i rozległ się szmer rozmów w różnych językach. Guz został odizolowany, jednak za wcześnie było, aby mówić o pełnym sukcesie. Wymagał bowiem potwierdzenia.
Asystenci spoglądali na odczyty. Nic nie zakłócało funkcji kory mózgowej. Narośl zachowywała się spokojnie. Nie było wewnętrznego krwawienia. Pierwszy pozwolił sobie na optymistyczne zgrzytnięcie zębami.
Dla Ziemianina czas jakby zatrzymał się w miejscu. Dopiero teraz oderwał się od monitora i przysunął do starszego Hivistahma.
- Powinno zadziałać. Gdy się obudzi, nie poczuje różnicy, tyle że będzie nosił w mózgu bezużyteczne skupisko komórek. Amplitur, który chciałby mu cokolwiek "zasugerować", zdziwi się niepomiernie. Zakładając, oczywiście, że udało się ożywić system obronny.
- Starczy, że nie będą mogli nim manipulować - stwierdził Pierwszy. - Taki był cel operacji. Jeśli system obronny ożyje, to tym lepiej. - Zamyślił się głęboko. - Sądzę ponadto, że nie należy rozgłaszać całej sprawy.
Pogrążeni w cichej rozmowie lekarze wyszli z sali, reszta personelu podążyła za nimi. Pacjent został na stole. Czekała go następna operacja. Kolejna zmiana chirurgów zajęła miejsca, sprawdziła odczyty instrumentów, załadowała nowe programy, włączyła stosowne urządzenia.
Moduł ultradźwiękowego skalpela zniknął gdzieś pod stropem, miast niego pojawił się zestaw znacznie większy, przeznaczony do poważnych interwencji chirurgicznych. W trakcie drugiej operacji zamierzano usunąć nadprogramowe kości policzkowe, przywrócić normalny kształt oczu i uszu, skrócić palce.
Pacjent miał stać się pod każdym względem człowiekiem.
Wśród drugiej ekipy nie było ani jednego Ziemianina; nie był potrzebny. Hivistahmowie i O'o'yanowie znali anatomię Homo Sapiens Sapiens na wylot; dość nałatali się rannych ziemskich żołnierzy. Tym razem nie było miejsca na wątpliwości. Wszyscy wiedzieli doskonale, co wyjrzy za parę dni spod bandaży.
Obecny jeszcze przed chwilą chirurg zostałby chętnie, żeby chociaż popatrzeć, ale potrzebny był gdzie indziej. Ludzie rzadko chwytali się obecnie zawodów, w których i tak nie mogli dorównać obcym. Byli ponadto zbyt cenni przez swoją unikalność i chirurg w pełni rozumiał złożoność sytuacji. Rozumiał, że Ziemianie w pierwszym rzędzie winni czynić to, w czym są bezwzględnie najlepsi.
Winni walczyć i zabijać.